W poprzednim poście napisałem, że będę przeliczał i podawał ceny tylko w PLN ale doszedłem do wniosku, że to bez sensu – kursy walut się zmieniają więc dobrze żebyście wiedzieli jak wyglądają ceny w lokalnej walucie tym bardzie, że trochę krajów odwiedzę więc to będą świetne wytyczne dla osób planujących podróż w te rejony w najbliższym czasie.

Pobudka o 5 rano,  szybki prysznic i łapiemy taxi na dworzec, po kawie i bananowych ciachach wskakujemy do pociągu, który odjeżdża o 6:40. Bilet w wagonie 3 klasy (najtańszej, z wiatrakami zamiast klimy) kosztuje (zastrzelcie mnie – skleroza poziom Master…) ok. 25 THB a powrotny ok. 40 THB czyli odpowiednio niecałe 3 zł i 4,50 zł. Do Ayutthaya jedziemy ok. 2 godziny.

Często będę powtarzał, że w jakimś miejscu jestem jedyną biała twarzą – dokładnie tak jest teraz, w wagonie sami mieszkańcy kraju zmierzający do różnych miast rozsianych na trasie pociągu. Na każdej stacji wsiadają sprzedawcy z jedzeniem, napojami, owocami  – nawołują i zachęcają do kupna produktów.  Pochłaniam  wzrokiem widoki za oknem, w wielu miejscach bieda uderza w serducho…. narzekamy na pracę w korporacjach, ciepłe posadki przy biurku, benefity, wczasy pod gruszą, emerytury a tutaj ludzie żyją z dnia na dzień w małych drewnianych „domkach” (to za duże słowo). Do tematu biedy wrócę w postach o Birmie – krainie tysiąca pagód.

Dojechaliśmy 🙂 Słońce praży – nie ma smogu który unosi się nad Bangkokiem także temperatura jest bardziej odczuwalna. Wypożyczamy rowery i jedziemy zwiedzać świątynie, które rozsiane są na dużym obszarze, także nie da się ich odwiedzić podróżując pieszo. Nie powiem Wam ile lat nie jeździłem na rowerze – nie, nie pytajcie 😀 ale stare powiedzenie, że jazdy na rowerze się nie zapomina sprawdza się idealnie 😀 Nie spodziewałem się tylko, że rowerem będę pędził czteropasmówką, śmigał przez skrzyżowania i ronda a to wszystko w azjatyckim ruchu… momentami mam ciary – szczególnie wjeżdżając na rondo ( fuck..  :-D).

W przeszłości Ayutthaya była dużym miastem handlowym – na przełomie XVII i XVIII wieku mieszkało tu około miliona osób, czyli tyle co w Londynie i Paryżu łącznie. Miasto zostało zrujnowane przez wojska birmańskie w latach 1767-1768. Opuszczone tereny szybko zarosły dżunglą jednak tutejszy styl architektoniczny był inspiracją budowniczych pałaców w Bangkoku. To tyle o przeszłości, czas na kilka fotek z pięknych świątyń w których czuć ducha historii:

Wat Mahathat

Wat Mahathat

Wat Chai Wattanaram

Wat Chai Wattanaram

Wat Chaiwatthanaram

Wat Chaiwatthanaram

 

Wat Lokaya Sutha

Świątynie robią niesamowite wrażenie. ogromnym plusem jest mała ilość turystów – brak tłumów sprzyja zwiedzaniu buddyjskich Watów. W architekturze łatwo można zauważyć wpływy khmerskie np.  charakterystyczne stożkowe wieże – prangi – tak, to styl architektoniczny rodem z Kambodży. Wstęp do niektórych świątyń kosztuje 50 THB czyli ok 5,50 zł.

Po intensywnym kilkugodzinnym zwiedzaniu czas na obiad – zatrzymujemy się w klimatycznej knajpce nad rzeką. Znajduję w menu żabę – niestety Riechard nie daje się przekonać 😀 leci tekst – nie będę tego jadł 😀 ( hmm.. czyżby się znali z pewną popularną w PL  restauratorką 😛 )

Wygrywa zielone curry i pyszne warzywa 🙂 W oczekiwaniu na jedzenie podchodzi chłopak z aparatem – chce nam zrobić fotki na których będziemy trzymać w łapkach jagodową gumę do żucia 🙂 żaden problem ale na modela to ja zupełnie nie wyglądam – czerwona twarz, zlany potem ale ok – rób Pan te fotki 😀

Po obiedzie wracamy na rowerach w kierunku stacji kolejowej – i to są właśnie te momenty z dreszczykiem o których wcześniej wspominałem (czteropasmówka).

W powrotnym pociągu mam burzę myśli, miliony porównań w głowie między Azją i Europą przede wszystkim pod kątem warunków życia i mentalności ludzi… niestety ( lub stety)  empatia na poziomie Master powoduje gulę w gardle, obrazy z życia ulicy… oraz z życia dookoła rzeki…Nie godzę się z tym i jednocześnie wiem, że tak wygląda tu życie i nic nie mogę na to poradzić – tu nikt nie szuka ratunku, ludzie są przyzwyczajeni do życia we własnym rytmie. To co zobaczyłem to tylko preludium przed tym czego doświadczę w Birmie, najbiedniejszej krainie jaką odwiedziłem a jednocześnie pełnej wspaniałych, serdecznych i najbardziej uśmiechniętych ludzi jakich spotkałem.

Ale póki co wracamy zmęczeni do Bangkoku – nie, ten dzień wcale się nie skończył 😀 ale o tym w kolejnym poście. 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

CHCESZ BYĆ INFORMOWANY NA BIEŻĄCO O NOWYCH WPISACH ?
ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA ;)

CHCESZ BYĆ INFORMOWANY NA BIEŻĄCO O NOWYCH WPISACH ?

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA ;)

Tak jak i Ty nie lubię spamu więc możesz być spokojny ;)

Dziękuję za Zapis :)

Pin It on Pinterest